



Wpisany przez Anjo
|
03 lipca 2011
Posted in
Literatura -
Historia
Oglądając za czasów szczenięctwa pokazy iluzjonistów, zawsze zastanawiała mnie ich technika. Jakim sposobem pióra mogły zmienić kolor tylko przy przejściu przez rurkę? Dlaczego magik zawsze wyciągał odpowiednią kartę lub chusta stawała się bukietem kwiatów? Wtedy też poznałam kilka sekretów, nauczyłam sztuczek i spora część uroku takich pokazów się ulotniła.
Bernard Cornwell, pisząc swoją trylogię, skonfrontował dwa różne spojrzenia na arturiańską legendę. Wielu z nas zna wersję, jaką przedstawiłby nam bard. Tym razem poznajemy bardziej rzeczywisty bieg wypadków, bez ozdobników, wyolbrzymiania ciekawych punktów, historię „z krwi i kości”. I jest to na swój sposób wspaniałe; Artur i jego rycerze stają się nam bliscy przez utratę otoczki idealizmu. Jednak ja wciąż cierpię, zupełnie jak Igraine (księżna, która zleciła zakonnemu bratu Derflowi spisanie jego wersji wydarzeń), gdy bajeczna otoczka powoli się rozmywa.