Amerykanie mieli Kac Vegas. My mamy Wyjazd integracyjny. Najnowszy film Przemysława Angermana, reklamowany jako “suma wszystkich kaców” ma nas ubawić – przerobić amerykański stek na polskiego schabowego tak, aby jeszcze długo po zjedzeniu pozostał dobry smak w ustach. Przecież to My-Polacy znamy się na kacu lepiej, niż koledzy zza oceanu...
Polska odpowiedź na komedię Mike'a Nicholsa Porozmawiajmy o kobietach i oryginalna zabawa damsko-męskimi stereotypami. W nowym dziele Marka Koterskiego dwóch "prawdziwych facetów", których połączyła ekscytująca nocna wyprawa, stawi czoło zmasowanemu atakowi perfidnych przedstawicielek płci przeciwnej i rozprawi się ze wszystkimi okowami męskiej swobody w sfeminizowanym świecie.
Oliver (Paweł Szajda), młody amerykański pianista polskiego pochodzenia, nie wytrzymując presji matki i wyrachowanego agenta, po rozstaniu z żoną przyjeżdża do Polski, gdzie zrywa europejskie tournee. Traci wszystko: miłość, uznanie i świetnie zapowiadającą się karierę, ma przy tym do spłacenia olbrzymi dług. W hotelowym barze spotyka Franka (Janusz Gajos), byłego profesora matematyki, namiętnego gracza i znawcę wyścigów konnych. Dzięki niemu pianista poznaje Kornelię (Marta Żmuda Trzebiatowska), piękną, nieco tajemniczą kobietę, która staje mu się coraz bliższa.
Bombastyczny tytuł przywodzący na myśl amatorskie próby literackie nastolatek, bohater z emo-grzywką, porównania do Avatara (2009) i Social Network (2010) – sporo jest powodów, aby film w reżyserii Jana Komasy z góry potraktować jako kuriozum i obejść szerokim łukiem. Byłaby to reakcja zrozumiała, choć w pewien sposób krzywdząca, gdyż Sala samobójców, mimo swoich słabości, jest pewnym powiewem świeżości i komentarzem na temat współczesnej młodzieży i jej nastawienia do świata.
Komentarzem tyleż ciekawym, że dotyczącym zjawisk bardzo dynamicznych, których tempo zmian stale przyspiesza, zmieniając się w nieustanny wyścig – przegrany odpada i przestaje liczyć się w jakiejkolwiek rozgrywce. Reżyser w filmie rozrysowuje ten problem na dwóch płaszczyznach: z jednej strony pokazuje mechanizm bullingu nowej ery, w której pięść i wyzwiska zastąpiły komentarze na Facebooku i YouTube. Witamy w czasach paranoi i odłączenia, medialnej zawieruchy, gdzie zostaniesz zredukowany do krótkiego filmiku, w którym umierasz w kiblu w dyskotece. Porażka przestała być prywatną sprawą – zamieniła się w popularnego newsa, przesyłanego mailem. Szkoda tylko, że motyw ten pojawia się ledwie na moment, spinając Sale samobójców czymś na kształt autotematycznej klamry.
Polska komediami romantycznymi stoi. Wszyscy zgodnie wieszają na nich psy i można by pomyśleć, że nikt ich nie ogląda; ale ktoś musi, skoro powstają wciąż kolejne i kolejne. Głównym grzechem tych filmów jest zdecydowanie wtórność i miałka fabuła – nie dość, że wszystkie są o tym samym, naciągane do granic możliwości, to jeszcze grają w nich ci sami, znani z ról w telenowelach, aktorzy.
Można by pomyśleć, że twórcy poszli po rozum do głowy i zamiast tworzyć kolejne warianty opowieści o Kopciuszku zakochanym w księciu… to znaczy szefie gigantycznej firmy zajmującym się głównie podrywaniem Kopciuszków, postanowili skorzystać z gotowego scenariusza. Może i lepszy odgrzany kotlet niż świeże błoto?
Albin (Borys Szyc) i Gustaw (Maciej Stuhr) to niegrzeczni faceci, którzy próbują za wszelką cenę uwieść spiskujące przeciw mężczyznom panny - Anielę (Anna Cieślak) i Klarę (Marta Żmuda Trzebiatowska). Jednak tym razem poszukiwacze mocnych miłosnych wrażeń i słabych kobiecych punktów trafiają na ekstremalnie trudne przeciwniczki. Piękne dziewczyny zrobią wszystko, żeby pokrzyżować plany nałogowych podrywaczy i spektakularnie utrzeć im nosa. Wybucha wielka wojna męsko-damska, w której intryga goni intrygę, seryjnie łamane są serca, a każdy chwyt jest dozwolony. Czy rozważny, choć romantyczny twardziel Radost (Robert Więckiewicz) zatrzyma lawinę zabawnych nieporozumień i doprowadzi aferę do szczęśliwego końca?