Temat kampanii i wyborów prezydenckich jest motywem wyraźnie obecnym w amerykańskim kinie. Eksploatujące go filmy miewają przeróżny wydźwięk – od komedii opowiadających o zwycięstwie demokracji po niewesołe thrillery obnażające mroczną stronę ludzkiej natury i... luki w systemie demokratycznym. Widziałam ich dotąd sporo, więc, wybierając się na Idy marcowe w reżyserii George’a Clooney’a, zastanawiałam się głównie nad tym, czy zdoła on opowiedzieć na ten temat coś nowego. Scenariusz, którego Clooney jest także współautorem, powstał w oparciu o sztukę teatralną pt.
Farragut North autorstwa Beau Willimona, który znał dobrze sprawę, o której pisał – pracował niegdyś przy kampanii prezydenckiej jednego z kandydatów demokratycznych, Howarda Deana. Tytuł filmu odnosi się do starorzymskiego święta poświęconego Marsowi, bogowi wojny. Szczególnie znane są Idy marcowe z 44 roku p. n. e., kiedy to Juliusz Cezar zginął z rąk 23 zamachowców, w tym – swego przyjaciela, Brutusa.